czwartek, 17 kwietnia 2014

Dopóki śpiewa słowik - Antonia Michaelis


Ale słowik nie śpiewał.
Słowik zniknął.”


Las może być spokojny i piękny. Ale może być też zagadkowy i pełny niebezpieczeństw. Osiemnastoletni Jari miał w planach wybrać się na pieszą wędrówkę górską, by uciec od swojego zwyczajnego życia choć na chwilę. Jednak gdy odchodzi od swojej uporządkowanej codzienności, nawet nie ma pojęcia, w co się pakuje. Na początku czuje się wspaniale, ta odmiana go odurza. Spotyka Jaschę, piękność nie z tej ziemi, która prowadzi go między drzewami do pewnego pozornie opuszczonego domu pośrodku puszczy. Jari jest odgrodzony od reszty świata, żyje w leśnej pustelni, odkrywa piękno. Niemniej to wszystko skrywa w sobie też pewną tajemnicę, chłopak nie może już całkiem ufać swoim zmysłom. To co widzi, miesza mu się w głowie. Już sam nie wie, co o tym wszystkim myśleć, zdaje sobie jedynie sprawę w tego, że coś jest nie tak... i że mimo to nie chce stamtąd odejść. Las skrywa niebezpieczeństwo, straszne sekrety i wiele grobów. Co się w nim kryje, co jest w nim prawdziwym zagrożeniem i jak się w nim odnaleźć? Kto tak naprawdę mieszka w domu na odludziu i czemu niektórzy wędrowcy nie wracają? Pytań bez odpowiedzi jest coraz więcej, a Jari, próbując poznać na nie odpowiedzi, coraz bardziej wikła się w zastawione wcześniej sieci. Niestety by się z nich uwolnić, nie wystarczy poznać samej prawdy.

- Myśli, żyją. Słowiki. Mała dziewczynka, dziecko. Tyle krwi!”

Przyznam, że sam pomysł na fabułę wydał mi się całkiem interesujący. Miałam pewne oczekiwania co do tej książki i być może właśnie to mnie zgubiło. Pozytywnie nastawiona z powodu licznych zachęt, sięgnęłam po tę powieść. Jednak mur napotkałam już na pierwszych stronach tej pozycji. Autorka ma dość specyficzny styl pisania i trudno było mi się do niego przyzwyczaić. Na dodatek na początku w ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Moje nastawienie uległo diametralnej zmianie. Zaczęłam się momentami męczyć i ostatecznie czytałam tę historię chyba jakieś trzy tygodnie, zamiast dwa czy kilka dni. Niemniej nie mogę powiedzieć, że opowieść ta zupełnie mi się nie spodobała, gdyż znalazły się też lepsze momenty. Kiedy już udało mi się przebrnąć przez pierwszą połowę, potem miałam raczej z górki. Choć nie do samego końca. Niestety trudno w tym momencie napisać coś więcej, nie zdradzając szczegółów, więc na razie skupię się na czymś innym, a mianowicie na bohaterach.

Sam Jari jest zwyczajnym nastolatkiem. Narzeka na rodziców, rodzinny dom, szuka pewnego rodzaju ucieczki i jest po prostu znudzony. Stałe normy i wykrochmalone koszule już dawno go nie kręcą. Jednak chłopak się zmienia. Szkoda tylko, że zmieniają się te jego znośne cechy. Od początku niespecjalnie przepadałam za tym bohaterem, jego zboczonymi przemyśleniami i monotematycznością. W trakcie jego metamorfozy praktycznie straciłam do niego cały szacunek. To co się z nim stało... to było nie tylko zniszczenie człowieka, ale i postaci, która wydała mi się zbyt łatwo dostosowana do wszystkiego, co dzieje się w powieści. Ten chłopak wpisał się w karty tej historii i musiał do niej pasować. To nie byłoby nic złego, gdyby pozostawał przy tym ludzki, a nie taki... nijaki. Niestety właśnie tak się to skończyło. Reszty bohaterów nie mogę przybliżać, gdyż za wiele bym zdradziła. Powiem jedynie, że Jascha jest... bardzo dziwna. Byłam w stanie ją nawet zaakceptować, dopóki nie nastał sam koniec, ale o tym później. Ogólnie postacie wydały mi się raczej jałowe i niezbyt rzeczywiste. Niekiedy dało się na to przymykać oko, jednak czasami denerwowało mnie to niezmiernie.

Pogrzeb zająca – pomyślał Jari. - Ja tak zadecydowałem, że ma umrzeć, że przestanie istnieć, że zamieni się w coś jadalnego.”

Sama fabuła natomiast jest dość... dziwna. Wątki niekiedy jakby nie pasują do siebie, a czytelnik nieraz może poczuć się zagubiony. Przyznam, że w pewnym momencie miałam wrażenie, że historia ta obrała pewien tor, który dałoby się nawet uzasadnić. Byłam skłonna uwierzyć w taki rozwój wypadków i go zrozumieć, niemniej nagle wszystko to legło w gruzach. Samym zakończeniem jak dla mnie autorka wszystko zniszczyła, wtedy też całość zaczęła się sypać, jakby ktoś wyciągnął książkę z samego dołu niestabilnej piramidki. Żałuję, że skończyło się to tak, a nie inaczej, niemniej nie mogę nic na to poradzić. Jedno muszę jednak oddać autorce – jest konsekwentna. W tej powieści praktycznie wszystko emanuje tą dziwnością: bohaterowie, świat, sama historia, a nawet styl pisania. No właśnie, język jakim posługiwała się autorka, początkowo sprawiał mi problemy. Zdawało mi się, że sili się ona na oryginalność, na coś ciekawego, a jednak osiągnęła wprost przeciwny efekt. Wtedy zwyczajnie historia ta mnie męczyła. Po jakimś czasie albo się przyzwyczaiłam, albo to stopniowo ulegało zmianie. Podejrzewam jednak, że oba te czynniki miały w tym swój udział.

Ogólnie „Dopóki śpiewa słowik” okazał się być specyficzną lekturą. Powieść miała swój klimat, jednak autorka często przesadzała i zdawało się, że niektóre opisy były wręcz kiczowate. Książka miała potencjał, nawet w pewnym momencie byłam w stanie ją polubić, jednak ostatecznie nie wypadła ona w moich oczach jakoś zachwycająco. Z pewnością spodziewałam się więcej po tak zachwalanej autorce. Moimi ulubionymi momentami w powieści były sceny bez Jariego o trzech małych dziewczynkach. Nie mogę za wiele zdradzać, ale były naprawdę ciekawe i sprawiały, że miałam ochotę czytać dalej, mimo że łatwo było się domyślić, o co chodziło w tej historii. Właśnie, kolejną rzeczą jest to, że niektóre rzeczy są naprawdę banalne do przewidzenia, inne zaś wydają się być zupełnie bez sensu. Możliwe, że to moje odczucie, ale ta pozycja była dla mnie po prostu aż nazbyt dziwna, nie widziałam w niej logiki, mimo że przepadam za książkami z różnymi dziwnymi fantazjami. Cóż więcej mogę powiedzieć... gdyby nie dwa ostatnie rozdziały, historia ta wywarłaby na mnie pewne wrażenie. Niemniej te dwa rozdziały to zaprzepaściły. Szczerze, to nie wiem komu mogę polecić tę historię, może osobom szukającym naprawdę czegoś innego, gdzie rzeczywistość ciągle spotyka się gdzieś na granicy z fantastycznymi wizjami, niekiedy je przekraczając. Osobiście jednak ostrzegam, że ci, którzy będą chcieli w niej znaleźć jakiś porządek, zawiodą się.


Bycie samotnym jest straszne, powiedziała Jascha. Kiedy jesteś sam, na dworze wyje wiatr, skarżąc się i płacząc w konarach. Zimno staje się nie do zniesienia zimne, a ciemność nie do zniesienia ciemna. I w kątach czai się strach. Kiedy jesteś całkiem sam w lesie, wariujesz. I wtedy jesteś stracony. Zostawiony na pastwę losu. Bezbronny. Wtedy pożera cię noc.”


Moja ocena 4/10


Tytuł: Dopóki śpiewa słowik
Autor: Antonia Michaelis
Ilość stron: 416
Wydawca: Dreams
Data premiery: 2014-03-07



O autorce:

Antonia Michaelis, urodzona w 1978 roku w północnych Niemczech. Pracowała m. in. w południowych Indiach, Nepalu i Peru. W Greifswaldzie studiowała medycynę i równocześnie zaczęła pisać książki dla dzieci i młodzieży. Od kilku lat mieszka w pobliżu wyspy Usedom, gdzie zajmuje się pisarstwem jako wolny strzelec. Wydała już wiele interesujących, pełnych fantazji i odnoszących sukcesy książek.




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Dreams, za co serdecznie dziękuję!

http://dreamswydawnictwo.pl/

czwartek, 13 marca 2014

Nieskończoność - H. J. Rahlens


Gdziekolwiek jesteś, jestem tu i wołam do ciebie. „Ja” mojego serca wita „ty” twojego.”


Ciekawe, jak wygląda przyszłość. Niejedna osoba już się nad tym zastanawiała, jak również niejedna o tym napisała. Wizje przyszłości są różne, często zaś dość ponure. W tej powieści mamy świat z roku 2264. Mroczna Zima już minęła, a ludzie są bezpieczni. Niemniej nikt o niej nie zapomniał, to przez nią trzeba było powziąć pewne środki, by ludzie przetrwali kryzys. Jednym z ważnym zabiegów było wyłączenie z języka pierwszej osoby liczby pojedynczej - „ja”. W nowym stechnokratyzowanym społeczeństwie powinno się myśleć nie o sobie, a o wszystkich - o „nas”. Trzeba było pewnych (innych) wyrzeczeń, by długość życia się wydłużyła, by technologie poszły naprzód i by kolejne pokolenia ludzi mogły żyć. W świecie przyszłości znajdziemy roboty, klony, zgrywanie wspomnień i tożsamości, jak również - jeszcze nieupowszechnione - podróże w czasie. Finn Nordstrom, dwudziestoparoletni historyk, na początku nie zdawał sobie sprawy z tego, że są one już możliwe. Jednak Finn, który jest też tłumaczem martwego języka niemieckiego, zostaje poproszony o przetłumaczenie pewnego różowego pamiętnika należącego niegdyś do młodej dziewczyny. Widzi w tym swoją szansę, lecz nawet nie spodziewa się, ile ten pamiętnik zmieni w jego życiu, jak wielki będzie miał na niego wpływ.

Wyobrażać sobie życie bez niej to jakby wyobrażać sobie życie, którego się nie przeżyło.”

Jako że akcja ma miejsce w przyszłości, warto poświęcić chwilę uwagi sposobie przedstawienia tej rzeczywistości. Wydała mi się ona całkiem ciekawa, jednak nie została szczegółowo opisana. Panujące w niej zasady, poznaliśmy praktycznie tylko na podstawie doświadczeń bohatera, niemniej sądzę, że to spokojnie wystarczało. Dowiedzieliśmy o Mrocznej Zimie, o mózgozłączu, które pozwala na zapisywanie wspomnień i daje dostęp do globalnej bazy danych, jak również wiedzieliśmy jak mniej więcej funkcjonuje zwykły człowiek w tamtym społeczeństwie. Szczerze mówiąc, mnie wiele więcej nie było potrzebne, choć niektórzy mogą poczuć się zawiedzeni na tym polu. Z drugiej zaś strony, to jak wygląda tamten świat, wyraźnie pokazują różnice i to jak odbiera nasze czasy Finn. Jego zaskoczenie, zastanawianie się nad oczywistymi dla nas rzeczami i poznawanie naszego świata, zostało genialnie opisane. Nasza kultura okazała się być dla niego dość niecodzienna (co jest zresztą całkiem zrozumiałe), a widać to między innymi w wypowiedziach bohaterów. Rzeczywistość nam współczesna opisana przez pryzmat wiedzy ludzi z przyszłości, wyszła autorce po prostu świetnie.

Co do samych postaci, to są one według mnie dobrze wykreowane. Ludzie pochodzący z przyszłości wydawali się być mocno zaszczepieni w swoich realiach, zaś ludzie nam współcześni również byli całkiem rzeczywiści. Co do samych głównych bohaterów, to nie mam specjalnych zastrzeżeń. Finn, mimo że nie powinien kierować się uczuciami i musi być, że tak powiem, przykładnym obywatelem, to swoją otwartą postawą zaskarbił sobie moją sympatię. Było widać, że to gdzie, a raczej kiedy, się urodził, miało wpływ na jego sposób myślenia, jednak w trakcie lektury jesteśmy też świadkami zmian, jakie zachodzą w jego charakterze. Z czasem niektóre jego cechy zaczynają mieć coraz większe znaczenie, inne zaś są spychane na dalszy plan. Poza nim chciałabym się jeszcze chwilę zatrzymać jedynie przy dziewczynie z XXI wieku, autorce pamiętnika. Była ona ciekawa i normalna, owszem, niemniej jej pamiętnik wydał mi się początkowo zbyt stereotypowy. Zawierał to, czego można się spodziewać po różowym pamiętniku nastolatki. Na szczęście wraz z rozwojem akcji i kolejnymi pamiętnikami, zaczęło się to poprawiać.

Za wiele pytań. Zbyt wiele odpowiedzi. Za wiele gwiazd.”

Co ciekawe (a może właśnie nie) książka ta nie przekonała mnie do siebie na samym początku. Trudno mi było zacząć ją czytać, a nowy, opisany świat jakoś mnie nie zachęcił. Nawet sam główny bohater i zwyczajny brak akcji trochę mnie odpychały. Niemniej po skończeniu lektury muszę przyznać, że było to potrzebne i pozytywnie wpłynęło na całokształt tej lektury - tak po prostu miało być. Akcja powoli się rozwija, jednak potem dzieje się coraz to więcej. Poznajemy wiele interesujących faktów i zaczynamy przeżywać tę historię. Również język powieści zdaje się być coraz bardziej przystępny (choć możliwe też, że jest to zwyczajnie kwestia przyzwyczajenia się). Ciekawym zabiegiem okazało się zamienienie w pewnym momencie trzecioosobowej narracji na pierwszoosobową. Całość jest dobrze napisana i nie mam zbytnio do czego się przyczepić. Może jedynie do tego, że udało mi się zauważyć pierwszą osobę liczby pojedynczej (która już nie mogła być stosowana) w dialogu u osoby, która stanowczo by jej nie użyła, ale przecież jest to niezwykle drobne niedociągnięcie, które łatwo przeoczyć.

„Nieskończoność” mile mnie zaskoczyła. Nie byłam pewna, czego się po niej spodziewać i po początkowym zniechęceniu, w szybkim tempie pochłonęłam tę historię. Sam wątek podróży w czasie był bardzo dobry, a dodatkowe wtrącenie o światach równoległych z pewnością w pewien sposób urozmaiciło mi te lekturę i za to też jest ode mnie mały plusik. Ogólnie fabuła jest ciekawa, przyznam że przeżywałam wszystko razem z Finnem. Niektórych rzeczy domyślałam się wcześniej niż on, ale w niczym to nie przeszkadzało. Niektóre wątki były również przewidywalne, aczkolwiek w literaturze młodzieżowej raczej nie da się tego uniknąć, a autorka potrafiła również zaskoczyć czytelnika. Jedynie z zakończenia nie jestem do końca zadowolona. Jakaś część mnie cieszy się z niego, jednak ta inna uważa, że było ono zwyczajnie zbyt proste. Ale najwyraźniej nie można mieć wszystkiego i nie można oczekiwać, że wszystko pójdzie po naszej myśli. W końcu to jest historia wbrew rozumowi, o miłości, która zrodziła się poza czasem. Znaleźć swoją miłość w innej epoce to coś raczej niezwykłego już samo w sobie. Na dodatek autorka sporo namieszała jeszcze z przodkami Finna i sama ostatecznie nie do końca to pojmowałam, co trochę mnie zaniepokoiło. Niemniej oczywiście serdecznie polecam tę pozycję osobom, które szukają ciekawej powieści młodzieżowej z rozwiniętym wątkiem romantycznym, podróżami w czasie i nieprzyjemną (choć nie całkiem wprost) wizją przyszłości.


- Rouge – zapytałem cicho – jak myślisz, jaka jest szansa na znalezienie idealnego partnera? Tej osoby, którą pokochasz i która pokocha ciebie?
- Chciałbyś usłyszeć ścisłą matematyczną odpowiedź?
Uśmiechnąłem się – była taka przewidywalna.
- Przybliżona wystarczy.
- Szanse są dość nikłe. Bliskie zeru. Zwłaszcza tutaj. Ale tam, w przeszłości, też.
- Tak. To niemożliwe, prawda? - Patrzyłem na wielkie czarne niebo. - Jakby próbować złapać spadającą gwiazdę siatką na motyle.”


Moja ocena 8/10


Tytuł: Nieskończoność
Seria: Poza czasem
Autor: H.J. Rahlens
Ilość stron: 456
Wydawca: Egmont
Data premiery: 2013-11-06



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Egmont, za co serdecznie dziękuję ^^

http://www.egmont.pl/

czwartek, 27 lutego 2014

Zapowiedzi wydawnictwa Dreams


Premiera: 7 marca 2014 r.

Tytuł: Dopóki śpiewa słowik
Autor: Antonia Michaelis
Ilość stron: 416


Jari ma osiemnaście lat i w porównaniu z najlepszym przyjacielem, Mattim, jest nieporadny w kontaktach z dziewczętami. Nic dziwnego. Żył dotąd w uporządkowanym świecie stałych norm i krochmalonych koszul – brakuje mu doświadczenia. To wszystko zmienia się, gdy spotyka Jaschę. Ta wywierająca niezwykłe wrażenie dziewczyna prowadzi go ze sobą do domu w samym środku leśnej pustelni. Tam Jari odkrywa świat piękna, finezyjnych ornamentów i zmysłowego upojenia. Ale wkrótce okazuje się, że Jascha skrywa pewną tajemnicę. I że za pięknymi złudzeniami kryje się porażająca prawda. Dom na odludziu. Błądzący wędrownik. Las, skrywający zbyt wiele grobów. I niebezpieczeństwo, które wychodzi poza granice wyobrażeń.



Premiera: 28 luty 2014 r.

Tytuł: Grzywą malowane
Autor: Agata Widzowska-Pasiak
Ilość stron: 192


Kontynuacja powieści "Koń na receptę”.
Kolejne przygody Jagody i grupy dzieci, spędzających wakacje w Dąbrówce, widziane oczami nowej bohaterki, Gai.
W okolicy dzieją się niezwykłe rzeczy: inwazja królików, podejrzane ucieczki koni i innych zwierząt gospodarskich, dziwne malunki na murach Starego Młyna, muzyka dobiegająca z lasu i przemykająca postać Czarnego Maxa. To tylko niewielka część pasjonujących wydarzeń, które sprawiają, że dzieci ponownie jednoczą siły, aby rozwikłać tajemnicę białej klaczy i kolorowych koni.




Premiera: 28 luty 2014 r.

 Tytuł: Gapiszon i wędzone morze
Autor: Bohdan Butenko
Ilość stron: 40


Kolejne przygody Gapiszona, jednego z najsłynniejszych polskich bohaterów komiksowych, którego wiele perypetii adaptowanych było przez Telewizję Polską w paśmie Wieczorynki. Tym razem Gapiszon poszukuje wędzonego morza, marząc o wielkich połowach!
Wędzone morze? Gdzie to jest?... Spytaj Gapiszona!



http://dreamswydawnictwo.pl/zapowiedzi/dopoki-spiewa-slowik,produkt107/


niedziela, 16 lutego 2014

Ogromne okno - Lemony Snicket


Niesprawiedliwością było, że przenoszą się od krewnego do krewnego i w każdym kolejnym domu dochodzi do strasznych rzeczy - zupełnie jakby sieroty Baudelaire jechały upiornym autobusem, zatrzymującym się wyłącznie na przystankach „Niesprawiedliwość” i „Nieszczęście”.”


„Ogromne okno” to już trzeci tom „Serii niefortunnych zdarzeń”. Czego można się po nim spodziewać? Z grubsza tego samego co po poprzednich częściach, czyli kolejnych nieszczęść sierot Baudelaire, które jakoś muszą sobie radzić z jawną niesprawiedliwością losu. Ale w końcu życie nie jest sprawiedliwe, dlatego też trójka rodzeństwa może po raz kolejny trafić do dziwnego krewnego, u którego będzie jej się bardzo źle działo. Sama ciotka zdaje się być niegroźna, boi się wszystkiego, a jej irracjonalne fobie są tak śmieszne, że aż tragiczne. Jednak do akcji znowu wkracza zły Hrabia Olaf pod kolejnym przebraniem, będący tak samo niebezpieczny jak wcześniej. Głupota, strach i ignorancja dorosłych rzucają kolejne kłody pod nogi młodym bohaterom, którzy będąc niezrozumianymi, muszą całkiem sami radzić sobie na tym okrutnym świecie – dla nich aż nazbyt okrutnym.

Ciotka Józefina oprowadzała dzieci po ich nowym domu, w którym sama bała się chyba wszystkiego: od wycieraczki – gdyż, jak wyjaśniła, można się o nią potknąć i skręcić kark – po kanapę w salonie, która, jej zdaniem, mogła się w każdej chwili przewrócić i zmiażdżyć człowieka na placek.”

Chciałabym móc powiedzieć, że lektura ta okazała się być naprawdę dobra. Jednak niestety nie była taka dla mnie. Początek był całkiem niezły. Ekscentryczna i całkiem nierzeczywista bohaterka z masą fobii, która obawiała się nawet wycieraczki przy drzwiach czy klamki, potrafiła najpierw rozśmieszyć. Niemniej jak to mówią, co za dużo, to nie zdrowo, a to powiedzenie idealnie odnosi się nie tylko do tej postaci, ale do całej książki. Cóż można powiedzieć, ta powieść wydała mi się zwyczajnie nazbyt absurdalna. Można zacząć właśnie od Ciotki Józefiny, lecz ona jest po prostu najłatwiejszym do przywołania przykładem. Innym może być testament z masą błędów, który pan Poe uważa za prawomocny dokument, według którego chce przekazać opiekę nad sierotami Baudelaire zupełnie nieznanej osobie. Opieka miała zostać przyznana w ciągu jednego dnia - bo po co trudzić się papierkową robotą i sprawdzeniem czy nie ma się do czynienia chociażby z seryjnym mordercą na wolności. Było to tak nielogiczne, że aż śmieszne, a raczej tak śmieszne, że aż denerwujące.

Warto też zauważyć, że po raz kolejny mamy do czynienia praktycznie z tą samą historią. Dzieci przychodzą do kolejnego opiekuna, jest im źle, pojawia się Hrabia Olaf w przebraniu i wszystko niszczy... Rodzeństwo musi radzić sobie samo, bo nikt znowu nie wierzy dzieciom. No właśnie, najbardziej zastanawia mnie to, jak to możliwe, że po raz kolejny nikt im nie wierzy. Jak pan Poe może być tak głupi? Już pomijając to, że chciał oddać dzieci pod opiekę zupełnie obcej osobie, bo ta się ładnie uśmiechnęła, to samo niesłuchanie sierot po tym, jak już dwa razy coś podobnego się zdarzyło, jest po prostu chore. Jego zachowanie jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Ta postać zwyczajnie nie ewoluuje, nie docenia przeciwnika i nie uczy się na własnych błędach. Poe wydaje się być niezwykle ograniczony, a sama Ciotka Józefina ze swoimi fobiami... ona nie jest po prostu normalna. Na dodatek to jak się zachowuje w dalszej części książki, również nie zachwyca. Co do zaś samych głównych bohaterów, to mam te same zastrzeżenia co wcześniej. Mówi się o nich, że są tacy mądrzy i sprytni, a jednak nie zawsze to pokazują. Na dodatek Słoneczko, które nie potrafi nawet mówić, jest jakimś cudownym, bystrym dzieckiem – to do mnie nie do końca przemawia.

W niektórych opowieściach łatwo dostrzec morał. Na przykład z bajki o trzech niedźwiadkach wynika morał: „Nigdy nie włamuj się do cudzego domu”. Z bajki o Królewnie Śnieżce wynika morał: „Nigdy nie jedz jabłek”.

Na to wszystko powinno być zapewne jakieś wytłumaczenie, szczególnie że seria ta cieszy się sporą popularnością. Ja jej tak dobrze nie odebrałam, po części dlatego, że zwyczajnie do mnie nie trafiła. Słyszałam dość niedawno, że zbyt sceptycznie podchodzę do tego typu tekstów, które mają swoje drugie dno i są skierowane do młodszej widowni. Tutaj można to spokojnie dostrzec. Ogólnie sama książka przypomina bajkę dla dzieci i tak jak z bajki powinno się coś z niej wynieść. Sam autor przedstawia dość ciekawie morały, które wynikają ze znanych bajek, jak na przykład z Czerwonego Kapturka. Co prawda ktoś mógłby powiedzieć, że taka powieść o samych nieszczęściach nie nadaje się dla dzieci, bo w końcu co ona może im dać, jednak nie zgodziłabym się z tym. Przecież rodzeństwo mimo że zmaga się z tyloma niedogodnościami losu, to ostatecznie wychodzi ze wszystkiego cało. Jasne, dzieci nadal nęka niepewność, czarny charakter gdzieś się czai, zaś one nie mogą być spokojne, niemniej w tym nieszczęściu, jak na ironię, mają niezłe szczęście i potrafią się ze wszystkiego wykaraskać. Mimo że mnie samej książka ta nie do końca się spodobała, to potrafię zrozumieć dlaczego nadawałaby się dla młodszych czytelników, którzy najprawdopodobniej utożsamialiby się z głównymi bohaterami.

Sama nie wiem, jak oceniam tę książkę. Postacie do mnie nie przemawiają, a sama fabuła jest oparta na tych samych schematach co poprzednie części. Doszłam również do wniosku, że na tym tomie kończę swoją przygodę z „Serią niefortunnych zdarzeń”, ponieważ obawiam się, że kolejna część będzie prawie taka sama. Ta opowieść po prostu nie nadaje się już dla mnie. Inaczej patrzę na rzeczywistość, a historia ta już nie potrafi mnie zaskoczyć. Niektórym to nie będzie przeszkadzało, niemniej ja nie wykazałam przy tym żadnej cierpliwości. Co ciekawe pamiętam, że czytając „Ogromne okno” jako dziecko, byłam zadowolona z lektury. Naturalnie, nadal czytało się ją lekko, na dodatek szybko, jednak czułam zbyt dużą irytację, poznając dalsze losy sierot Baudelaire. Nie tylko liczne niedorzeczności, ale również liczne wzmianki autora o tym, że powinno się odłożyć tę powieść, jeżeli nie chce się czytać nic tak smutnego, zaczęły wręcz doprowadzać mnie do szału. Niestety ta pozycja nie jest już dla mnie, gdyż nie mogę spojrzeć na nią na spokojnie i aż nazbyt denerwuje mnie w niej rażący absurd i nielogiczność. Z drugiej zaś strony, kiedyś historia ta mnie zainteresowała, więc nie mogę powiedzieć, że nie warto jej przeczytać - młodszym czytelnikom powinna się ona spodobać.


- Wiem, że macie za sobą bardzo przykre doświadczenia, ale mam nadzieję, że nie folgujecie zanadto fantazji. Przypomnijcie sobie, jak mieszkając u Wujcia Monty'ego wbiliście sobie do głów, że asystent Stefano to w rzeczywistości przebrany Hrabia Olaf.
- Przecież Stefano to naprawdę był przebrany Hrabia Olaf! - oburzył się Klaus.
- Nie o to chodzi – powiedział pan Poe.”




Tytuł: Ogromne okno
Seria: Seria niefortunnych zdarzeń
Autor: Lemony Snicket
Ilość stron: 224
Wydawca: Egmont
Data premiery: 2013-10-23



O autorze:

Daniel Handler to amerykański pisarz, scenarzysta i akordeonista. Najszerzej znany jest pod pseudonimem Lemony Snicket, którym podpisał swoją serię książek dla dzieci i młodzieży „Seria niefortunnych zdarzeń”. Pod swoim nazwiskiem zaś opublikował trzy powieści dla dorosłych: Basic Eight (1998), Watch Your Mouth (2000) i Adverbs (2006). Ostatnia z nich doczekała się tłumaczenia na język polski i w 2008 roku została wydana przez Świat Książki pod tytułem „Natychmiast, mocno, naprawdę.”. Daniel Handler jest żonaty, a w 2003 roku urodził mu się syn o imieniu Thomas.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Egmont, za co serdecznie dziękuję ^^ 

http://www.egmont.pl/

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...