Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antonia Michaelis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antonia Michaelis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

Baśniarz - Antonia Michaelis


Uważaj na siebie. I nie wierz we wszystko.”


Pewien baśniarz snuje swoją historię. Jest to opowieść o miłości, cierpieniu, początku i końcu. O pytaniach bez odpowiedzi i odpowiedziach nie na to pytanie co trzeba. O świecie fantazji, który jest podejrzanie prawdziwy. Niekiedy bajki kryją w sobie więcej niż tylko jedno ziarnko prawdy, więc trzeba się strzec i nie podchodzić do nich ze zwykłym zainteresowaniem. Będąc wciągniętym w inny świat, można zostać zgubionym. Dlatego też, najlepiej na początku zadać sobie pytanie: czy jestem gotowy? Czy naprawdę tego chcę? Jeżeli tak, to zapraszam - oto opowieść o Małej Królowej, która wyrusza w podróż, o jej szaro-srebrnym przewodniku o złotych oczach, który ochroni ją za wszelką cenę i Różanej dziewczynie, wyrwanej ze swojego spokojnego świata. Wszystko jest możliwe, wszystko się może zdarzyć... jedno jest pewne. Nie obejdzie się bez poświęceń i niejednej śmierci.

Ale za słowami czyhała ciemność, ciemność jaka panuje we wszystkich baśniach. Dopiero później, dużo później, zbyt późno zrozumie, że ta baśń była śmiertelnie niebezpieczna.”

W „Baśniarzu” poznajemy Annę, która jest porządną uczennicą z dobrymi ocenami, która nie pakuje się w kłopoty i żyje, jakby była odgrodzona od reszty świata jakąś mydlaną bańką. Jednak w końcu postanawia z niej wyjść - dla chłopca, którym zaczyna się interesować. Abel jest handlarzem narkotyków z jej szkoły. Jest on także wagarowiczem, słabo się uczy i stroni od towarzystwa, niemniej nasza główna bohaterka zaczyna dociekać, dlaczego tak jest. Poznaje w ten sposób inną stronę Abla, który jest też kochającym, troskliwym, starszym bratem. Wciela się on również w rolę baśniarza, a jego opowieść o Małej Królowej fascynuje Annę, która nie może o niej zapomnieć. Kompletnie zatraca się w tej historii, która może nie być do końca zmyślona. Nawet nie wie, w jak niebezpieczną przygodę pakuje się w ten sposób. Na początku nie zna jeszcze przykrych skutków tej znajomości. Jej ukochany nie jest taki, jakim wydaje się być na pierwszy rzut oka, na dodatek może skrywać jeszcze inną tożsamość, która ją zgubi.

W książce tej Anna próbuje dociec prawdy. Chce dowiedzieć się, jaki naprawdę jest Abel, kim jest tajemniczy morderca, w co zamieszany jest jej chłopak i jaką skrywa przeszłość. Zdaje się, że ludzie wokół niej wiedzą o wiele więcej od niej, lecz nie chcą się z nią tą wiedzą podzielić. Ona natomiast dopiero zaczyna poznawać okrutny świat, od którego wcześniej próbowała całkowicie się odgrodzić. Na początku była naiwna. Potem zaczęła się zmieniać - nie miała innego wyjścia. Przestawała być małą dziewczynką, nie mającą o niczym pojęcia. Trochę było mi jej żal, gdy jej bańka mydlana już całkiem pękła. A sprawcą tego był Abel. On zaś jest dość skomplikowaną postacią. Trudno go zrozumieć i nigdy nie ma się pewności, czy jeszcze czymś nas nie zaskoczy. Ma tyle twarzy, że jest to aż przerażające, aczkolwiek w świetle tego co przeżył, jest to również zrozumiałe. Moją ulubioną bohaterką była mała Michi. Uśmiechnięta, młodziutka, niekiedy beztroska i prostoduszna, a jednak zdająca sobie sprawę w kilku rzeczy, o których nie powinna wiedzieć. Ogólnie postacie były różne. Rodzice Anny wydali mi się trochę dziwni, a jej najlepszej przyjaciółki nie potrafiłam całkiem zrozumieć, niemniej wszyscy oni byli ludzcy i sprawiali wrażenie prawdziwych.

Na dnie morza widziałem leżące słowa, tysiące słów, wraki zdań, pytania i odpowiedzi, które nigdy nie dotarły do celu...”

„Baśniarz” jest już drugą powieścią Antonii Michaelis, z którą się zetknęłam. Wcześniejsza, czyli „Dopóki śpiewa słowik”, wywarła na mnie raczej niewielkie wrażenie, ta natomiast wypadła już znacznie lepiej. Jednak widać, że autorka ma swój specyficzny styl pisania i tworzy charakterystyczną atmosferę. W obu pozycjach była naginana granica pomiędzy fikcją a rzeczywistością, ale o ile wcześniej to do mnie nie przemawiało, to tutaj zostało przemyślane i ciekawie przedstawione. W książce tej równie ważna jest historia Anny co opowieść, wymyślana przez Abla, której znaczenia nie można nie doceniać. Oba te elementy tworzą całość fabuły. Przyznam, że baśń zainteresowała mnie najbardziej, mimo że nie była ona magiczna czy przyjemna. Była równie okrutna co rzeczywistość, zadawała niewygodne pytania i ukazywała prawdę. Sama lektura jest raczej wciągająca, lecz w pewnym stopniu zawiodło mnie zakończenie. Miało ono logiczny sens, aczkolwiek było też najprostszą odpowiedzą i trudno było się go nie spodziewać. Choć z drugiej strony taki obrót wydarzeń oraz koniec trochę mi zaimponowały.

Sięgając po „Baśniarza” spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Spotkałam się gdzieś z opinią, że jest to magiczna, urzekająca opowieść... niestety ja jej tak nie odebrałam. Czytając niektóre recenzje, miałam wrażenie, że trafiłam na zupełnie inną książkę. Widać dzięki temu, jak różnie odbiera się poszczególne teksty. O tym powiedziałabym, że jest... brutalnie prawdziwy. Baśń, życie w bańce mydlanej - gdy to wszystko się kończy i ustępuje miejsca bezlitosnej rzeczywistości, bohaterowie muszę zmierzyć się z cierpieniem, które nie powinno być przeznaczone tylko dla jednej osoby. Smutek, który przerasta. Strach. Rezygnacja i akceptacja swojego losu. Nieubłagana śmierć, niesprawiedliwość, udręka. O tym opowiada ta pozycja. Porusza ona nieraz ważne i trudne tematy, choć obok nich pojawia się także kilka lżejszych momentów. Do tej historii trzeba dojrzeć, trzeba też gustować w takich lekturach. Nadal jednak nie rozumiem w pełni zachwytu nad tą powieścią, gdyż niekiedy mnie zniechęcała. Przyznaję, że była dobra, ale mnie nie oczarowała. Polecam ją osobom, które są gotowe na taką opowieść, które wymagają od książki czegoś więcej niż rozrywki.


- Czasem mam problem z odróżnieniem szczęścia od smutku - szepnęła. - Czy to nie dziwne? Czasami po prostu nie wiem, czy jestem szczęśliwa, czy smutna. Tak jest, jak myślę o tobie.”


Moja ocena 7/10


Tytuł: Baśniarz
Autor: Antonia Michaelis
Ilość stron: 400
Wydawca: Dreams
Data premiery: 2012-07-05



O autorce:

Antonia Michaelis, urodzona w 1978 roku w północnych Niemczech. Pracowała m. in. w południowych Indiach, Nepalu i Peru. W Greifswaldzie studiowała medycynę i równocześnie zaczęła pisać książki dla dzieci i młodzieży. Od kilku lat mieszka w pobliżu wyspy Usedom, gdzie zajmuje się pisarstwem jako wolny strzelec. Wydała już wiele interesujących, pełnych fantazji i odnoszących sukcesy książek.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Dreams, za co serdecznie dziękuję!

http://dreamswydawnictwo.pl/

czwartek, 17 kwietnia 2014

Dopóki śpiewa słowik - Antonia Michaelis


Ale słowik nie śpiewał.
Słowik zniknął.”


Las może być spokojny i piękny. Ale może być też zagadkowy i pełny niebezpieczeństw. Osiemnastoletni Jari miał w planach wybrać się na pieszą wędrówkę górską, by uciec od swojego zwyczajnego życia choć na chwilę. Jednak gdy odchodzi od swojej uporządkowanej codzienności, nawet nie ma pojęcia, w co się pakuje. Na początku czuje się wspaniale, ta odmiana go odurza. Spotyka Jaschę, piękność nie z tej ziemi, która prowadzi go między drzewami do pewnego pozornie opuszczonego domu pośrodku puszczy. Jari jest odgrodzony od reszty świata, żyje w leśnej pustelni, odkrywa piękno. Niemniej to wszystko skrywa w sobie też pewną tajemnicę, chłopak nie może już całkiem ufać swoim zmysłom. To co widzi, miesza mu się w głowie. Już sam nie wie, co o tym wszystkim myśleć, zdaje sobie jedynie sprawę w tego, że coś jest nie tak... i że mimo to nie chce stamtąd odejść. Las skrywa niebezpieczeństwo, straszne sekrety i wiele grobów. Co się w nim kryje, co jest w nim prawdziwym zagrożeniem i jak się w nim odnaleźć? Kto tak naprawdę mieszka w domu na odludziu i czemu niektórzy wędrowcy nie wracają? Pytań bez odpowiedzi jest coraz więcej, a Jari, próbując poznać na nie odpowiedzi, coraz bardziej wikła się w zastawione wcześniej sieci. Niestety by się z nich uwolnić, nie wystarczy poznać samej prawdy.

- Myśli, żyją. Słowiki. Mała dziewczynka, dziecko. Tyle krwi!”

Przyznam, że sam pomysł na fabułę wydał mi się całkiem interesujący. Miałam pewne oczekiwania co do tej książki i być może właśnie to mnie zgubiło. Pozytywnie nastawiona z powodu licznych zachęt, sięgnęłam po tę powieść. Jednak mur napotkałam już na pierwszych stronach tej pozycji. Autorka ma dość specyficzny styl pisania i trudno było mi się do niego przyzwyczaić. Na dodatek na początku w ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Moje nastawienie uległo diametralnej zmianie. Zaczęłam się momentami męczyć i ostatecznie czytałam tę historię chyba jakieś trzy tygodnie, zamiast dwa czy kilka dni. Niemniej nie mogę powiedzieć, że opowieść ta zupełnie mi się nie spodobała, gdyż znalazły się też lepsze momenty. Kiedy już udało mi się przebrnąć przez pierwszą połowę, potem miałam raczej z górki. Choć nie do samego końca. Niestety trudno w tym momencie napisać coś więcej, nie zdradzając szczegółów, więc na razie skupię się na czymś innym, a mianowicie na bohaterach.

Sam Jari jest zwyczajnym nastolatkiem. Narzeka na rodziców, rodzinny dom, szuka pewnego rodzaju ucieczki i jest po prostu znudzony. Stałe normy i wykrochmalone koszule już dawno go nie kręcą. Jednak chłopak się zmienia. Szkoda tylko, że zmieniają się te jego znośne cechy. Od początku niespecjalnie przepadałam za tym bohaterem, jego zboczonymi przemyśleniami i monotematycznością. W trakcie jego metamorfozy praktycznie straciłam do niego cały szacunek. To co się z nim stało... to było nie tylko zniszczenie człowieka, ale i postaci, która wydała mi się zbyt łatwo dostosowana do wszystkiego, co dzieje się w powieści. Ten chłopak wpisał się w karty tej historii i musiał do niej pasować. To nie byłoby nic złego, gdyby pozostawał przy tym ludzki, a nie taki... nijaki. Niestety właśnie tak się to skończyło. Reszty bohaterów nie mogę przybliżać, gdyż za wiele bym zdradziła. Powiem jedynie, że Jascha jest... bardzo dziwna. Byłam w stanie ją nawet zaakceptować, dopóki nie nastał sam koniec, ale o tym później. Ogólnie postacie wydały mi się raczej jałowe i niezbyt rzeczywiste. Niekiedy dało się na to przymykać oko, jednak czasami denerwowało mnie to niezmiernie.

Pogrzeb zająca – pomyślał Jari. - Ja tak zadecydowałem, że ma umrzeć, że przestanie istnieć, że zamieni się w coś jadalnego.”

Sama fabuła natomiast jest dość... dziwna. Wątki niekiedy jakby nie pasują do siebie, a czytelnik nieraz może poczuć się zagubiony. Przyznam, że w pewnym momencie miałam wrażenie, że historia ta obrała pewien tor, który dałoby się nawet uzasadnić. Byłam skłonna uwierzyć w taki rozwój wypadków i go zrozumieć, niemniej nagle wszystko to legło w gruzach. Samym zakończeniem jak dla mnie autorka wszystko zniszczyła, wtedy też całość zaczęła się sypać, jakby ktoś wyciągnął książkę z samego dołu niestabilnej piramidki. Żałuję, że skończyło się to tak, a nie inaczej, niemniej nie mogę nic na to poradzić. Jedno muszę jednak oddać autorce – jest konsekwentna. W tej powieści praktycznie wszystko emanuje tą dziwnością: bohaterowie, świat, sama historia, a nawet styl pisania. No właśnie, język jakim posługiwała się autorka, początkowo sprawiał mi problemy. Zdawało mi się, że sili się ona na oryginalność, na coś ciekawego, a jednak osiągnęła wprost przeciwny efekt. Wtedy zwyczajnie historia ta mnie męczyła. Po jakimś czasie albo się przyzwyczaiłam, albo to stopniowo ulegało zmianie. Podejrzewam jednak, że oba te czynniki miały w tym swój udział.

Ogólnie „Dopóki śpiewa słowik” okazał się być specyficzną lekturą. Powieść miała swój klimat, jednak autorka często przesadzała i zdawało się, że niektóre opisy były wręcz kiczowate. Książka miała potencjał, nawet w pewnym momencie byłam w stanie ją polubić, jednak ostatecznie nie wypadła ona w moich oczach jakoś zachwycająco. Z pewnością spodziewałam się więcej po tak zachwalanej autorce. Moimi ulubionymi momentami w powieści były sceny bez Jariego o trzech małych dziewczynkach. Nie mogę za wiele zdradzać, ale były naprawdę ciekawe i sprawiały, że miałam ochotę czytać dalej, mimo że łatwo było się domyślić, o co chodziło w tej historii. Właśnie, kolejną rzeczą jest to, że niektóre rzeczy są naprawdę banalne do przewidzenia, inne zaś wydają się być zupełnie bez sensu. Możliwe, że to moje odczucie, ale ta pozycja była dla mnie po prostu aż nazbyt dziwna, nie widziałam w niej logiki, mimo że przepadam za książkami z różnymi dziwnymi fantazjami. Cóż więcej mogę powiedzieć... gdyby nie dwa ostatnie rozdziały, historia ta wywarłaby na mnie pewne wrażenie. Niemniej te dwa rozdziały to zaprzepaściły. Szczerze, to nie wiem komu mogę polecić tę historię, może osobom szukającym naprawdę czegoś innego, gdzie rzeczywistość ciągle spotyka się gdzieś na granicy z fantastycznymi wizjami, niekiedy je przekraczając. Osobiście jednak ostrzegam, że ci, którzy będą chcieli w niej znaleźć jakiś porządek, zawiodą się.


Bycie samotnym jest straszne, powiedziała Jascha. Kiedy jesteś sam, na dworze wyje wiatr, skarżąc się i płacząc w konarach. Zimno staje się nie do zniesienia zimne, a ciemność nie do zniesienia ciemna. I w kątach czai się strach. Kiedy jesteś całkiem sam w lesie, wariujesz. I wtedy jesteś stracony. Zostawiony na pastwę losu. Bezbronny. Wtedy pożera cię noc.”


Moja ocena 4/10


Tytuł: Dopóki śpiewa słowik
Autor: Antonia Michaelis
Ilość stron: 416
Wydawca: Dreams
Data premiery: 2014-03-07



O autorce:

Antonia Michaelis, urodzona w 1978 roku w północnych Niemczech. Pracowała m. in. w południowych Indiach, Nepalu i Peru. W Greifswaldzie studiowała medycynę i równocześnie zaczęła pisać książki dla dzieci i młodzieży. Od kilku lat mieszka w pobliżu wyspy Usedom, gdzie zajmuje się pisarstwem jako wolny strzelec. Wydała już wiele interesujących, pełnych fantazji i odnoszących sukcesy książek.




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Dreams, za co serdecznie dziękuję!

http://dreamswydawnictwo.pl/

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...