wtorek, 28 sierpnia 2012

Zieleń szmaragdu - Kerstin Gier


„Ze złamanym sercem”


Gwendolyn wypłakuje sobie oczy, po tym jak złamano jej serce. Gideon nie dość, że powiedział, iż jej nie kocha, to na dodatek nią manipulował i wszystko było zwykłą grą. Co może zrobić dziewczyna w takim przypadku, jak nie rozpamiętywać swych nieszczęść i godzinami wisieć na telefonie, rozmawiając z najlepszą przyjaciółką, którą wysłucha i spróbuje pocieszyć. Gwen musi wziąć się w garść, by przetrwać. Nie może pozwolić sobie na załamanie, jako podróżniczka w czasie, która próbuje rozwiązać sieci niebezpiecznych tajemnic i intryg. Co takiego knuje hrabia de Saint Germain, który jest już tak bliski swego celu? Dziewczyna nie ma czasu, musi walczyć o miłość, prawdę i życie, gdyż to wszystko jest poważnie zagrożone. W czasie poszukiwać, może dowiedzieć się więcej niżby chciała, a przerażająca prawda nagle zmienia jej życie nie do poznania, nic nie może być już takie samo po tym wszystkim.

- Brzmi wprawdzie całkiem spoko, ale nie! W rzeczywistości serca są zrobione z całkiem innego materiału. Naprawdę, możesz mi wierzyć. - Leslie odchrząknęła, a jej głos przybrał wyjątkowo uroczysty ton, jakby chciała mi właśnie zdradzić największa tajemnicę w dziejach świata. - Chodzi o materiał znacznie bardziej plastyczny i nietłukący, który zawsze odzyskuje swój pierwotny kształt. Wykonany wedle tajnej receptury.
Jeszcze jedno chrząknięcie w celu podkręcenia napięcia. Mimo woli wstrzymałam oddech.
- Marcepan! - obwieściła Leslie.”

Postacie pojawiające się w powieści są nam już dobrze znane, zaś nowych twarzy nie ma praktycznie wcale. Gwendolyn jak zwykle radzi sobie z sytuacją, jednak niekiedy zamienia się w pokojową fontannę (jak to barwnie określa Xemerius). Jest silna, lecz jej serce nadal należy do Gideona. Ma też dużą skłonność do łamania reguł dla przyjaciół, co akurat jej się chwali. Gideon natomiast jak zwykle zarozumiały, stał się potem panem idealnym... nadal jest to dla mnie irytująca, schematyczna postać, która nie zanza mojej sympatii. Charlotte, wredna kuzynka Gwen, zeszła już ze sceny i rzadko się ją widywało, jak i wielu innych bohaterów, gdyż całość zarezerwowana była dla dwójki młodych podróżników w czasie. Mnie to zasmuciło, iż bohaterowie coraz mniej się pokazywali i nie mieli jak wprowadzić dynamiki. Jedynym plusem jest Xemerius – złośliwy, zabawny duch demon, który nieustannie towarzyszy Gwendolyn, wraz ze swymi niekończącymi się i fascynującymi komentarzami.

Będę trzymał straż - obiecał Xemerius. - Gdyby ktoś przyszedł i chciał to ukraść, to ja go bezlitośnie... eee... opluję.”

Po tę powieść chciałam już sięgnąć od dawna, lecz ciągle coś mi stawało na drodze. Teraz już po lekturze muszę stwierdzić, że trochę się zawiodłam. Według mnie za dużo było o samej miłości, zamiast o intrygach i ciekawych sekretach. W poprzedniej części, główna bohaterka przeżywała mnóstwo rozterek miłosnych, teraz już po zerwaniu jest bardzo podobnie. Znów ciągle czyta się o jej związku, o tym w jaką stronę się potoczył i jak to teraz będzie dalej. To odejmowało uroku opowieści, która powinna się raczej skupić na podróżach w czasie i całym bagnie w jakim znalazła się Gwen. Wydarzenia były tym przytłoczone, przez co następowała wolniejsza akcja. Jedynie humorystyczne komentarze Xemeriusa rozluźniały nieco atmosferę i odrywały od smętnego zachowania, bądź też czasami niezwykle radosnego. Dzięki temu jednemu bohaterowi, czytelnik mógł się serdecznie roześmiać w każdym momencie lektury.

Mimo dużej uwagi poświęconej problemom miłosnym (bądź też ich braku) głównej bohaterki, fabuła była dość ciekawa. Odbyło się kilka podróży w czasie, które są warte zainteresowania, jedna z nich nawet nawiązywała do sytuacji, mającej miejsce w pierwszej części, co było miłym rozwiązaniem. Wiele rzeczy zaskakuje, a rozstrzygnięcie poniektórych teorii i tajemnic, jest interesujące. Styl pisania autorki jest, jak w poprzednich częściach, dobry, bez najmniejszego problemu zaciekawia czytelnika i wpaja mu każde słowo, zapisane na stronicach powieści, tak by odbiorca nie mógł się od niej oderwać. Narracja pierwszoosobowa oddaje wszystkie myśli i reakcje Gwen, dzięki czemu świetnie ją poznajemy i wczuwamy się w sytuację, potrafiąc przeżywać całokształt wydarzeń razem z nią. Historia o podróżach w czasie jest pasjonująca, mimo kilku wad czy też niedociągnięć, także chętnie czyta się tę historię i zatapia w świat widziany oczami młodej Gwendolyn.

„Zieleń szmaragdu” jest tomem zwieńczającym trylogię, którą pokochała cała masa czytelników. Czytałam wiele opinii, że jest to część najlepsza, jednak nie podzielam tego zdania. Chyba pierwszy raz uważam, że najlepszy był środkowy, drugi tom, który zapewnił najwięcej emocji i najciekawszą fabułę. Tutaj również się nie nudziłam, jednak jak już wspomniałam, całe wyolbrzymienie historii miłosnej nie bardzo mi się spodobało. Opowieść natomiast ubarwiał Xemerius, który nie dał odczuć czytelnikowi żadnych braków, rozśmieszając go i zapewniając dobrą rozrywkę. Finałowa część wyjaśnia wszystko, co wcześniej było zagmatwane, zarysowane lub o czym nie mieliśmy pojęcia, dlatego też, osoby które przeczytały „Czerwień rubinu” i „Błękit szafiru” bezapelacyjnie muszą sięgnąć po tę powieść. Ogólnie polecam całą serię fanom podróży w czasie, fantastyki i romansu, będą one mogły przyjemnie spędzić czas i znaleźć się w innej rzeczywistości.


- Czy to prawda, co powiedziała Charlotta? - spytała Caroline, kiedy postawiłam ją na podłodze. - Że pójdziesz na imprezę do Cynthii jako zielony worek na śmieci?
To na moment sprowadziło mnie na ziemię z mojego euforycznego odlotu.
- Cha, cha, cha – zaśmiał się Xemerius z mściwą satysfakcją. - Już to widzę: szczęśliwy zielony worek na śmieci, który wszystkich chciałby objąć i wycałować, bo życie jest takie cudowne.”


Moja ocena 7,5/10


Tytuł: Zieleń Szmaragdu
Seria: Trylogia Czasu
Autor: Kerstin Gier
Ilość stron: 456
Wydawca: Egmont
Data premiery: 2012-02-22



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Egmont, za co serdecznie dziękuję ^^


______________________________


Książkę można nabyć też w księgarni Gandalf


wtorek, 21 sierpnia 2012

Żelazny cierń - Caitlin Kittredge


„Nie ma ucieczki przed szaleństwem”


Aoife, mimo że jest dziewczyną, uczy się w szkole inżynierów. Otaczają ją sami chłopcy, czuje się wyobcowana i ma tylko jednego przyjaciela – Cala. We krwi ma szaleństwo, tak jak i jej matka, tylko czeka, aż nekrowisrus dosięgnie i ją. Nie może przed tym uciec. Jednak póki ma czas, zachowuje się dobrze, uczy się wymarzonego fachu i trzyma się z dala od kłopotów. Lecz nie może zignorować rozpaczliwego listu od obłąkanego brata, który prosi ją o pomoc. Opuszcza akademię wraz ze swym przyjacielem i wyrusza do posiadłości zaginionego ojca, gdzie prowadzi ją nowy dziwny człowiek o imieniu Dean. Prze tę niebezpieczną wyprawę dziewczyna dowiaduje się rzeczy, których nie powinna, jej świat zostaje wywrócony do góry nogami i okazuje się, iż wszystko w co wierzyła, jest wielkim kłamstwem. Wiedza ta wpędza ją w jeszcze większe kłopoty, od których już nie da rady tak po prostu uciec.

Aoife jest wierna swemu bratu, mimo że próbował ją zabić. Wszyscy się odwrócili od szalonego Conrada, ale ona nie potrafiła. Dlaczego? Ponieważ pamiętała, jak było wcześniej, przed tym jak nekrowirus zaczął działać, gdy brat się nią opiekował i był jej przyjacielem. Jak widać, jest oddana i ceni swoich bliskich. Nie chce wierzyć w herezje, nie myśli o czarach, ale nie pochwala również stosowania brutalnych kar, na ludziach, którzy dopuścili się czynów niezgodnych z wierzeniami, jakie zostały narzucone na społeczeństwo. Zaś jej przyjaciel cały czas mówi tylko o wszystkich zasadach, o tym jak trzeba szanować wolę przywódcy i jak pogardza heretyckimi poglądami. Pozostaje jeszcze Dean, przewodnik, którego zatrudniła młoda dama i który ma zamiar pomóc im dotrzeć do celu. Jest on pozytywny, ciągle kłóci się z Calem i wierzy w magię, czym doprowadza młodszego chłopca do wściekłości. Jednak nawet on ma jakąś tajemnicę.

Sam pomysł na książkę jest całkiem ciekawy, na dodatek spotkałam się z wieloma pochlebnymi recenzjami tej publikacji, dlatego też sięgnęłam po nią. Świat maszyn, parowych silników i potężnych mostów, gdzie Nadzorcy sprawują pieczę nad społeczeństwem, a dokładniej mówiąc, kontrolują je, potrafi przyciągnąć czytelnika z niesamowitą siłą. Piękna okładka przyciągająca wzrok oraz zachęcający opis, również wzmagają ten efekt, przez co nie można przejść obok tej pozycji obojętnie. Książka miała potencjał i sądzę, że został on dobrze wykorzystany przez autorkę, która potrafiła wciągnąć czytelnika w stworzony przez siebie świat, karzący za wszelką herezję, z groźnym nieuleczalnym wirusem i niebezpiecznymi Nadzorcami. Również objętość jest idealna, gdyż nie jest to powieść tak krótka, by nie móc się nią nacieszyć, ani zbyt długa, co zwykle wywiera znużenie, opanowujące czytelnika.

Historia jest interesująca, nie nudzi odbiorcy i pozwala miło przy czytaniu spędzić czas. Początkowo, jak to często bywa, niewiele się dzieje, gdyż musimy poznać świat, w którym żyją bohaterowie, czyich losy są opisywane. Jesteśmy stopniowo wprowadzani w panujące tam prawa, reguły, które obowiązują wszystkich mieszkańców. Zapoznajemy się również krótko z historią tej rzeczywistości, z tym jak doszło do tego, iż taki obraz świata się utworzył, że zapanowały nowe osoby, zasady i choroby. Nazewnictwo nie jest skomplikowane, więc łatwo jest wgłębić się w te pozycję bez przeszkód. Ponadto autorka nie posługuje się ubogim językiem, a opisuje wszystko ciekawie i dokładnie, potrafi zaciekawić, przedstawić ogólne sedno oraz zabarwić opowieść licznymi opisami. Styl pisania jest dobry, idealnie opisuje zaistniałe sytuacje, a fabuła wciągająca i zaskakująca w niektórych miejscach.

„Żelazny cierń” jest dobrą, a wręcz bardzo dobrą pozycją. Niemniej nie oszalałam na jej punkcie, a przy ilości innych książek jakie czytam, kiedyś ona zniknie w tłumie i zapewne do niej nie wrócę. Dzisiaj na rynku, trzeba lśnić, by zwrócić uwagę czytelników, a mimo że kompozycja, pomysł i wszystko inne jest dobre w tym utworze, to jednak czegoś mu brakuje i nie jest on jednym z najlepszych. Ogólnie książka wywarła na mnie pozytywne wrażenie i z pewnością z chęcią sięgnę po jej kontynuację, gdyż naprawdę przyjemnie czytało się te lekturę, a główna bohaterka zjednywała sobie sympatię. Polecam ją osobom, które lubią antyutopie czy szeroko pojętą fantastykę, gdyż powinna im przypaść do gustu ta pozycja. Powinno się na nią zwrócić uwagę, a gdy wyjdą kolejne części i napisana będzie już seria, to jako całość może zyskać także wielu fanów. Warto przeczytać i zatopić się w świecie Aoife.


Sople ich dłoni przeczesywały me włosy, słyszałam ich głosy recytujące poematy zimnego, wiecznego snu. Wreszcie, szczęśliwie, straciłam przytomność.”


Moja ocena 8/10

 
Tytuł: Żelazny cierń
Seria: Żelazny kodeks
Autor: Caitlin Kittredge
Ilość stron: 456
Wydawca: Jaguar
Data premiery: 2012-04-04



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Jaguar, za co serdecznie dziękuję ^^

czwartek, 16 sierpnia 2012

Biała izba - Monika Gałgan


W popękanym zwierciadle”

Amanda z pozoru mogłaby być zwykłą uczennicą liceum. Wycofaną, bez przyjaciół, z pewnymi kłopotami w szkole. Jednak tak się tylko wydaje. Wszystko zaczyna robić się coraz dziwniejsze od kiedy została wyproszona z kościoła, gdyż zaczęła śmiać się na cały głos podczas ceremonii pogrzebowej. Dziewczyna widzi i słyszy rzeczy, których nikt inny nie jest w stanie dostrzec, choć sądzi, że to wina ludzi i jakiś spisek. Ma przerażające sny, w których kończy ze swoim życiem (
które i tak często uważa za bezsensowne). Jej miłość życia się nie pokazuje, a wszyscy w porozumieniu utrzymują, że ktoś taki jak jej Darek nie istnieje i nigdy nie istniał. Gdy Amanda ma zamieszkać w Krakowie, z dala od nadopiekuńczej matki i skrytego ojca, gdzie rozpocznie naukę na uniwersytecie, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Czy wszyscy są przeciw niej, obgadują ją i spiskują? Co takiego dzieje się w życiu tej młodej dziewczyny?
Amanda jest osobą dość skrytą, boi się odrzucenia, przez co nie chce poznawać żadnych nowych osób. Trzyma się na uboczu, nie ma wielu przyjaciół. Łatwo wpada w złość, gdyż na każdym kroku słyszy jak ktoś ją obgaduje i myśli, iż nikt jej nie chce nawet oglądać. Nie potrafi zaakceptować swojego życia takim jakim jest i popada w przygnębienie. Widzi rzeczy, których inni nie widzą, słyszy, choć reszta osób nie. Jest bohaterką bardzo emocjonalną, przedstawia rzeczywistość jakby w krzywym zwierciadle. Osobom, które spotyka, mogą tańczyć zmarszczki, może być to chłopak niedostrzegalny dla innych, mimo że ona czuje jego pocałunki. Jej współlokatorzy zawsze zachowują się inaczej, raz normalni, następnie opowiadający dziwne rzeczy. Nawet w świetle dnia nic nie wydaje się całkowicie realne, a granica między jawą a snem, jest bardzo cienka.
Książa napisana jest w narracji pierwszoosobowej, dlatego też widzimy wszystko z perspektywy Amandy. Nigdy do końca nie wiadomo co jest prawdą, a co nie i która z postaci istnieje naprawdę, ponieważ dziewczyna ukazuje wykrzywione, jak w popękanym zwierciadle, wydarzenia. Do pewnego momentu nawet mogłoby się wydawać, że czytamy historię zwykłej, lecz trochę dziwnej, uczennicy z problemami. Wszystkie spisane wrażenia, doświadczenia czy myśli wręcz wylewały się z tej krótkiej powieści. Emocje były mocno odczuwalne, nie dało się oderwać od tej zawiłej lektury. W trakcie czytania, nie da się nie zastanawiać nad tym, które z doświadczeń dziewczyny są całkiem rzeczywiste, a co zrodziło się w jej wyobraźni. Nawet Amanda w pewnym momencie nie wie co jest prawdą, a co zwykłym kłamstwem.
Trzeba przyznać, że historia trzyma w napięciu, a wszystko zostaje wyjaśnione dopiero na szarym końcu. Zakończenie wyjaśnia wszystko, jednak przynajmniej dla mnie było w pewnym stopniu dużym zaskoczeniem. A powinnam być na to przygotowana, ponieważ cała książka jest nieprzewidywalna i nie wiadomo co się stanie, co zobaczy i pomyśli główna bohaterka. Niepewność jest odczuwana na każdej stronie, bo nie można być niczego stuprocentowo pewnym. Język jakim posługuje się autorka jest przystosowany, opisuje myśli, doświadczenia bez zbędnego tła (chyba, że jest ono w jakimś stopniu zdeformowane przez pojmowanie Amandy). Pozycja ta jest tajemnicza i zaskakująca na każdym kroku, nie da się przyzwyczaić czy też poznać do końca głównej bohaterki, przez co jest to również lektura w pewnym sensie niepokojąca.
Biała izba” jest według mnie świetną pozycją. Wcześniej tylko raz spotkałam się z podobną lekturą, jednak ta wydaje mi się o wiele lepsza. Ukazuje świat jaki widzi osoba, która nie kieruje się rozumem i zdrowym rozsądkiem, a coraz bardziej pochłania ją szaleństwo. Nic tam nie jest takie, jakie się wydaje, wszystko może zaskoczyć, okazać się czymś zupełnie innym lub zwyczajnie nie istnieć. Książka ta wciąga, a czytelnik jest zafascynowany tym nowym światem, który jest tylko krzywym odbiciem naszego, tego który tak dobrze znamy. Po zakończeniu lektury można poczuć lekki niedosyt, mimo ze wszystko zostaje wyjaśnione, a pokazuje to jak łatwo zagłębić się w tej rzeczywistości. Polecam tę powieść osobom ciekawym jak otoczenie może wyglądać oczami Amandy oraz tym, którzy są ogólnie zainteresowani tego typu książkami.

Oparłam się o ścianę w rogu łóżka i patrzyłam, jak uchodzi ze mnie życie. Krew tryskała coraz mocniej. A ja, z uśmiechem na ustach, czułam, jak odpływam.
„Hakuna matata, jak cudownie to brzmi! Hakuna matata, to nie byle bzik” - dudniło mi w uszach. „I już się nie martw! Aż do końca swych dni!” - nuciłam sobie...” 


Moja ocena 9/10

 
Tytuł: Biała izba
Autor: Monika Gałgan
Ilość stron: 132
Wydawca: Novae Res
Data premiery: 2012-07-20

 

Recenzja pochodzi z portalu a-g-w.info

 

wtorek, 14 sierpnia 2012

Przeznaczona - P. C. Cast + Kristin Cast


Miłe zaskoczenie”


Zoey nie ma czasu na odpoczynek i mimo że dopiero teraz może znowu poczuć się bezpieczna u boku Starka, to po raz kolejny rozpoczyna się jakaś afera. Najpierw przy boku Neferet pojawia się nowa osoba, przez każdego postrzegana jako przystojny chłopak, choć Zoey widziała, jak zmieniał się w coś bykopodobnego. Dziewczyna wie też, że nie jest to dar od Nyks, jak utrzymuje Najwyższa kapłanka Domu nocy... to nawet nie jest człowiek, ani wampir, jest mroczny, w niewoli Neferet. Jednak Zoey wyczuwa w nim jakieś dobro, coś znajomego... co to może oznaczać? Na dodatek, ta która oddała się białemu bykowi, czystemu złu, chce zaprowadzić chaos w szkole, dlatego też sprowadza ludzi 'do pomocy', jak mówi, którzy mają tak naprawdę wprowadzić tylko więcej zamętu. Pojawiają się także źli Czerwoni adepci, którzy nie są pod pieczą Stevie Rae, a mają do niej wielką urazę. Do tego Rephaim, już w ciele człowieka, mając przy boku swą dziewczynę musi znosić obelgi i złe traktowanie oraz rozpacz Smoka, który zaczyna zbaczać z dobrej drogi.

Sięgając po tę pozycję bałam się, że nic się nie zmieni, że będzie to powtórka z poprzednich części i na początku nawet tak myślałam. Zaczęłam czytać i już pojawiają się bliźniaczki, które są jeszcze głupsze niż zazwyczaj, oraz pouczający je Damien, postać zbyt grzeczna i dobrze wychowana. Afrodyta wredna jak zawsze, choć trochę bardziej pozytywna, gdyż zmieniała się jednak odrobinę w poprzednich częściach. Następnie Stevie, która robi maślane oczy do kruka i wspaniały Rephaim, który kiedyś przecież mordował. Całość wydawała mi się absurdalna i nie byłam zbyt zadowolona, jednak w końcu jak już przeczytałam tyle tomów, to i z tym się zapoznam. I okazuje się, że dobrze zrobiłam, bo to był tylko początek, a gdy akcja tylko trochę się rozwinęła, wszystko się zmieniło i pokazało swoje nowe, lepsze oblicze. Najwyraźniej dziewiąta część w końcu wskoczyła na dobre tory i może nie jest jeszcze za późno, by ratować tę opowieść.

Co do postaci to widzę, że nadal są w stanie się zmienić i wprowadzić coś nowego, co jest bardzo ważnym plusem dla tej powieści. Jednak Zoey nie jest tego przykładem. Dalej zmaga się z tym, że jest przywódcą i ma wielki ciężar pozostawiony na barkach mimo że jest tylko nastolatką – mocno obdarowaną przez boginię. Za to bliźniaczki zaskakują. Ich kłótnia, z pewnością niespodziewana, odkrywa charakter jednej z nich, ognistej Shaunee, jest ona nawet zaakceptowana przez Afrodytę, która przecież ciągle tylko obrażała te „zrosłomóżdżki”. Również niespodziewana jest metamorfoza Kalony, o której jednak nie mogę nic powiedzieć. Pojawia się jeszcze, oczywiście poza starymi postaciami, też nowa Shaylin, która jest obdarzona darem prawdziwego widzenia – bardzo rzadkim, jednak nie jest to bohaterka zbytnio rozwinięta na razie. Pozostaje jeszcze Aurox, który może być największą zagadką, mimo iż jak się mu przypatrzeć jest łatwy do rozpracowania. W tej części uważam, że kreacja bohaterów jest dobra, nawet lepsza niż w niektórych poprzednich tomach.

Fabuła jest dość przejrzysta i mniej pokręcona, jakby to się mogło wydawać niektórym, chociażby po opisie. Czytelnik się nie nudzi, lecz nie jest również zasypany informacjami lub przygnieciony natłokiem wydarzeń, dzięki czemu miło czyta się te pozycję. Nawet znajdzie się zaskakujące zwroty akcji oraz rozwijane nowe wątki w powieści, które dobrze współgrają z całością. Ucieszyło mnie także, że język autorek znów się poprawił, nie pojawiały już się rażące oczy wulgaryzmy, a styl pisania okazał się przyjemny i prosty w odbiorze, jak wcześniej. Znowu spotykamy narrację trzecioosobową i pierwszoosobową, pojawiającą się naprzemiennie, w zależności, z czyjej perspektywy widzimy opisywane wydarzenia. Zoey mówi w pierwszej osobie, jednak w innym rozdziałach, mimo iż już nie będzie to typ pamiętnikarski, skupimy się na reszcie bohaterów – Kalonie, Straku, Auroxie i pozostałych. Na szczęście wszystkie te drobne części spójnie się ze sobą łączą i nie sprawiają trudności przy lekturze.

„Przeznaczona” była dla mnie naprawdę miłym zaskoczeniem i bardzo się cieszę, że nie skończyłam już dawno czytać tej serii, tak jak porzuciło ją już wiele osób. Ten tom był zaskakujący i interesujący, ponadto całkiem wciągnęła mnie ta lektura i szybko upłynął mi czas przy jej czytaniu. Wydaje się lepsza od poprzednich części i mocno podnosi poprzeczkę, przez co mam nadzieję, że i kontynuacja będzie ciekawa oraz nie straci tego poziomu. Nadal nie jest to ambitna książka, a tylko umila ona czas, jednak sprawdza się w tym znakomicie i warto chociażby dla relaksu po nią sięgnąć. Fani serii oczywiście powinni ją przeczytać i z pewnością nie będą się czuli ani trochę zawiedzeni. Osoby które dotrwały do tego tomu, mimo że nie są zachwycone „Domem Nocy”, również zachęcam do lektury. Ponadto zachęcam do ogólnego poznania serii, lecz tylko tym, którzy szukają odprężającej książki, a nie rewelacyjnej historii.


- Tak. Byłam z nim cały czas. Wszystko okej. To znaczy na tyle okej, na ile może być, jeśli w grę wchodzi Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać – wyszeptałam.
- Ja pierniczę, to nie Hogwart – powiedziała Afrodyta.
- A szkoda – skomentowała Erin.”


Moja ocena 7/10


Tytuł: Przeznaczona
Seria: Dom Nocy
Autor: P. C. Cast + Kristin Cast
Ilość stron: 408
Wydawca: Książnica
Data premiery: 2012-06-27



Książkę otrzymałam od Grupy Wydawniczej Publicat, za co serdecznie dziękuję ^^

_______________________________

Książkę można nabyć też w księgarni Gandalf


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...