„Czy to już koniec?”
Szesnastoletnia Miranda mieszka w Pensylwanii i przejmuje się zwykłymi sprawami, szkołą, ocenami, rodziną. Jednak ostatnio wszyscy zafascynowani są pewną asteroidą, która ma przelecieć niedaleko Ziemi. Nikt nie podejrzewa, jak to się ma zakończyć. Przez złe obliczenia okazuje się, że asteroida zderza się z Księżycem, czego skutki wyczuwalne są dla każdego człowieka. Anomalie pogodowe, tsunami, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów. Na początku tylko Księżyc wygląda inaczej, jest większy, jaśniejszy, ale po czasie tragedia spada na całą ludzkość, giną miliony ludzi na całym świecie. Nadchodzi czas próby, kto przetrwa, kto okaże się najsilniejszy. Jak można żyć w świecie, gdzie telekomunikacja i prąd wysiadają, gaz, benzyna i woda się kończą, a każdy myśli, że jego koniec jest już naprawdę blisko. Miranda nie jest zdana sama na siebie, ma rodzinę, która się nią opiekuje, i której ona zapewnia wsparcie i pomoc. Zaufanie, silna wola są wystawione na ciężką próbę w tej rzeczywistości, w której nie zawsze jest miejsce na sympatyczne uczucia dla innych.
Sięgałam po te pozycję z pewnym entuzjazmem, który zaczął gasnąć, jak przewracałam kolejne strony. Na szczęście niedługo. Około pierwszych pięćdziesiąt stron jest poświęconym zwykłym, błahym, a wręcz głupim problemom Mirandy i dlatego też, denerwowałam się na początku lektury. Lecz powieść nabrała kształtów po tym, jak wspomniana wcześniej asteroida, wybiła Księżyc z orbity. Nie za ciekawy scenariusz dla ludzkości, prawda? Niestety. W tamtej chwili pamiętnik Mirandy zmienia się nie do poznania, jak i osoba którą była. Teraz jej troski już nie są błahe, ponieważ musi walczyć o przetrwanie swoje i swojej rodziny. Reszta ludzi przestaje być ważna, nie obchodzą jej oni, zaś matka, która wcześniej zawsze lubiła pomagać innym, teraz troszczy się tylko o swoich bliskich i nie ma co się temu dziwić. Ta pozycja obrazuje jak zmieniają się ludzie, gdy są w obliczu śmiertelnego zagrożenia, jak stare więzi przyjaźni już nie mają takiego znaczenia i jak życie ludzkie staje się nieważne dla osób spoza rodziny.
„Mimo wszystko dziwnie się poczułam, tak samo, jak wtedy, gdy patrzyłam na Księżyc, za duży, za jasny. Chyba od zawsze mi się wydawało, że nawet po końcu świata McDonald będzie otwarty.”
Sam pomysł na książkę jest całkiem ciekawy i dobrze zrealizowany. Jednak ogólnie fabuła nie zawsze porywa, gdyż akcji jest zwyczajnie niewiele. Pozycja ta skupia się bardziej na przeżyciach ludzi, ich reakcjach, zmianie charakterów w obliczu tego co ich spotkało. Opisany jest prawie rok, od maja do marca, lecz w tym czasie naprawdę mało się wydarzyło. Oczywiście asteroida, a potem katastrofy, ale my znamy tylko życie Mirandy, jej dwójki braci i matki. Pojawia się kilku bohaterów pobocznych, którzy pojawią się w pewnym momencie, a w innym odchodzą i przynajmniej oni wprowadzają coś nowego. Szara codzienność, dosłownie szara, gdyż powietrze jest zanieczyszczone. Codzienna walka z głodem, z własną wytrzymałością. Jest to całkiem interesujące, niemniej czasami również nużące. Jest niewiele momentów radości, a na kolejnych stronicach powieści znajdziemy coraz więcej smutku i rozpaczy.
Styl pisania autorki jest lekki, łatwo się czyta dzięki temu powieść, jednak nie pasuje mi on do książki, która skupia się na emocjach, nie na wydarzeniach, które można opisać prostymi słowami, nie tak jak uczucia. Forma pamiętnikarska również jest całkiem nietypowym rozwiązaniem, gdyż prędzej spodziewałabym się po tym narracji trzecioosobowej, by lepiej przekazać emocje, do których nawet przed pamiętnikiem nie można się przyznać. Na dodatek taki sposób narracji na początku mnie trochę drażnił, gdy główna bohaterka opisywała swe błahe rozterki. Warto natomiast wspomnieć, że przy każdym wpisie Mirandy zaznaczone są daty, dzięki czemu czytelnik się nie pogubi i zauważy jak pogoda wariuje i nie pasuje do danej kalendarzowej pory roku. Dodatkowo książka podzielona jest na części, przypisane kolejnym porom roku oraz oczywiście widoczne są rozdziały, które oddzielały poszczególne wydarzenia.
„Życie, które znaliśmy” jest dobrą pozycją, która jednak trochę mnie zawiodła, ponieważ spodziewałam się po niej trochę więcej. Nie wciągnęła mnie ta książka bez reszty, mogłam ją spokojnie odłożyć na bok i robić cóż zupełnie innego, niezwiązanego z tematem. W którymś momencie nawet chciałam przestać czytać, ale na szczęście nie zrobiłam tego, gdyż mimo wszystko historia ta mi się podobała i z chęcią sięgnę po części kolejne. Pomimo niektórych wad, czasami przeżywałam to co działo się na stronach tego utworu i przejmowałam się tym, jak dalej potoczą się losy Mirandy i jej rodziny. Osoby, które są zainteresowane powieściami z gatunku dystopii, powinny sięgnąć po tę pozycję. Polecam ją też osobom, które zainteresowane są przeżyciami Mirandy, lubią lektury skupiające się na wnętrzu głównej bohaterki i nie przeszkadza im narracja w formie pamiętnika, gdyż jest to utwór warty uwagi.
„- Jakoś nie mogę uwierzyć, że asteroida walnęła w Księżyc tylko dlatego, że chciałam iść na bal z Danem - stwierdziłam. - Po co w ogóle Bóg uczynił nas ludźmi, skoro nie chce, żebyśmy postępowali jak ludzie?
- Aby się przekonać, czy zdołamy wznieść się ponad niskie pobudki – wyjaśniła. - Ewa dała Adamowi jabłko. W rezultacie skończył się Eden.
- Czyli wszystko sprowadza się do żarcia - podsumowałam.”
Moja ocena 7/10
Tytuł: Życie, które znaliśmy
Seria: Ocaleni
Autor: Susan Beth Pfeffer
Ilość stron: 352
Wydawca: Jaguar
Data premiery: 2012-03-02
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Jaguar, za co serdecznie dziękuję ^^






